PREMIERA 17 marca 2018 r.

SPEKTAKL DLA WIDZÓW OD 16 ROKU ŻYCIA. 

Autor – Jan Purzycki 
Reżyseria i scenografia – Błażej Baraniak
Asystent reżysera – Beata Kawka
Choreografia scen walki – Rafał Domagała
Światło – Rajmund Ginter, Dawid Wojciechowski 
Muzyka – Grzegorz Jurga 

Obsada
Biały: Mirosław Zbrojewicz
Wencel: Karol Wróblewski

Biały (Mirosław Zbrojewicz) – z dobrego domu. Wencel (Karol Wróblewski) – wychowany w burdelu, a potem w poprawczaku i w więzieniu. Skazani za morderstwa, skazani na siebie. W ciasnej celi. Jest z niej wyjście. A nawet kilka. Nie da się polubić Białego ani Wencla, nie da się im współczuć. Można próbować zrozumieć.
„Kufehek” jest debiutem teatralnym Jana Purzyckiego, autora „Wielkiego Szu”, „Piłkarskiego pokera”, „Złotopolskich”. W naszej adaptacji zmieniono tytuł na „Arizona”

Autor badał świat z tamtej strony.  Od strony zła. Nie próbuje dawać prostych odpowiedzi. Nie ostrzega. Purzycki po prostu mówi, że taki świat też jest. Na wyciągnięcie ręki. Czy sobie tego życzymy, czy nie.

Zło jest na świecie. Nie można być go ciekawym. Nie można tak zakląć świata, żeby zło sprzed oczu zniknęło. Nie da się zła usprawiedliwić. A co najważniejsze – trzeba wiedzieć, że zło może dopaść każdego.

Sztuka jest napisana na scenę i film. Pokazuje dwa światy. Okazuje się, że są one komplementarne. Jest wolność i cela. Klaustrofobia jest rewersem agorafobii. Wcześniej była wolność wyboru, teraz pragnienie wyboru wolności. Za wszelką cenę. Jaką? Zapewniamy, że stawką zawsze jest życie.


OPINIE I RECENZJE


Jan Purzycki – autor 
„Kufehka”
W Lesznie powstał Teatr. W ciągu półtora roku prawie 20 premier. I to nie Marszałek, nie Prezydent, nawet nie Beata i Błażej. To Widzowie! Na premierze mojej „Arizony” (to, co na scenie dech zapierało), siedząc w szóstym rzędzie przyglądałem się też widzom. I to było dla mnie niezwykłe doświadczenie. Nie wiem, kto jest najważniejszy. Aktor? Reżyser? Czy Widz? To było przepiękne przeżycie. A potem, po spektaklu, okazało się, że ten Teatr ma swoją niezwykłą atmosferę i ma już swoje korzenie jakby istniał od wielu lat. Bardzo dziękuję za to przeżycie. Jak już się uspokoję, to może coś bardziej sensownego napiszę. Żartobliwie, bo na razie inaczej nie potrafię, spuentuję tę sytuację. Z kina Atlantic, przed którym się znalazłem (82?) wychodziił tłum widzów po projekcji „Wielkiego Szu”. (Do trzech czekających chłopców podeszła dziewczyna. Oparła się o nich i podskakując na jednej nodze wołała:”Ale film! Ale film! Ale film!” W tej puencie naprawdę nie chodzi o mnie. Chodzi o tę podskakującą na jednej nodze dziewczynę.

#Andrzej Matras
Jan Purzycki, autor „Arizony”, najnowszego dramatu wystawionego na deskach Teatru Miejskiego w Lesznie, jest dobrze znany polskim kinomanom – jako autor scenariuszy filmowych, przede wszystkim kultowego „Wielkiego Szu” z 1982 roku, ale też „Pilkarskiego pokera”, „Prawa ojca”, opowieści o kardynale Wyszyńskim „Prymas. Trzy lata z tysiąclecia”, serialu „Złotopolscy”. „Arizona”, a właściwie „Kufehek”, bo taki jest oryginalny tytuł sztuki, jest jego debiutem teatralnym, po raz pierwszy wystawionym w 2004 roku.

„Arizona” to dramat kameralny, bo tylko na dwóch aktorów – na scenie widzimy Mirosława Zbrojewicza w roli Białego i Karola Wróblewskiego grającego Wencla. Obaj są zabójcami odsiadującymi wyroki w celi więzienia, poza tym różni ich właściwie wszystko – inteligentny absolwent polonistyki Biały i prymitywny Wencel. Wina tego drugiego nie ulega wątpliwości, w przypadku Białego właściwie nie wiemy, czy to on zabił i w jaki sposób dopuścił się tego czynu. Nie jest to jednak istotne, sztuka jest o czymś innym – w zamyśle autora jest konfrontacją dwóch całkowicie odmiennych typów ludzkich w sytuacji, w której skazani są na przebywanie tylko z sobą.

Brzmi znajomo? Tak. Moje pierwsze skojarzenie to oczywiście „Emigranci” Mrożka, motyw ten pojawiał się jednak wielokrotnie w teatrze i kinie. Trudno tu wymyślić coś naprawdę oryginalnego, co wzruszy widza. Błażej Baraniak, reżyser spektaklu, spróbował zabiegu, który znalazł swoje odbicie w zmianie tytułu sztuki z „Kufehek” (w oryginale Wencel ma wadę wymowy, nie wymawia „r”, z czego w leszczyńskiej inscenizacji zrezygnowano) na „Arizonę”. Arizona to kraina wyobraźni, do której medytując w celi przenosi się Biały, wciągając do tych medytacji również Wencla. Zabieg ten miał uatrakcyjnić sztukę, która jednak niestety niewiele na tym zyskała. Prawdziwą jej wartością byłoby mistrzowskie ukazanie psychologicznej gry pomiędzy dwoma protagonistami, ścierania się ich charakterów, a tego w sztuce zabrakło. Niestety „Arizona” to nie „Emigranci”, arcydziełem polskiego teatru nie jest.

Przejdźmy do gry aktorów. W pierwszych minutach spektaklu byłem przekonany, że reżyser pomylił się, że w roli Białego powinien obsadzić Karola Wróblewskiego, a w roli Wencla Mirosława Zbrojewicza, który zresztą dzięki swojej charakterystycznej aparycji ma już duże doświadczenie w graniu różnego autoramentu gangsterów, bandziorów itp. Ale nie, role zostały właściwie przydzielone, co wynika też z tekstu sztuki – doświadczony, rozważny Biały mógł być grany tylko przez Zbrojewicza; Wencel jest jeszcze młodzikiem, młokosem, wprawdzie postępującym z całym okrucieństwem właściwym dla środowiska, z którego się wywodzi. Co do samej gry, obaj aktorzy mogli jednak włożyć więcej ekspresji w swoje role; samo używanie wulgarnego języka, pełnego słów na „k…”, ch…”, które co chwila padają ze sceny, i odgrywanie brutalnych, pełnych przemocy scen nie wystarczy, potrzeba tu więcej wiarygodności, siły wyrazu, która pokazałaby prawdę o człowieku. Dotyczy to zwłaszcza roli Wencla, która zresztą była trudna do zagrania – niełatwo wcielić się w postać psychopatycznego młodzika-zabójcy-pederasty-gwałciciela. Karol Wróblewski, mimo dobrego warsztatu aktorskiego, nie był tu dla mnie całkowicie wiarygodny, wolałem już spokojniejszego, bardziej refleksyjnego Mirosława Zbrojewicza.

Sztukę mimo wszystko warto zobaczyć, jako przykład tego, co oferuje nam polska dramaturgia XXI wieku. Miejmy nadzieję, że doczekamy się też lepszych sztuk pokazujących naszą rzeczywistość.

# Adam Jagodziński
„Słów kilka osobistych o spektaklu „Arizona”…Była zbrodnia, jest kara – jest cela więzienna. Spektakl zaczyna się kiedy do celi złego /Biały/ przybywa jeszcze bardziej zły /Wencel/. Chociaż dla widza spektakl już trwa w momencie w wejścia na widownię – Biały bowiem już tam jest. Jednak to relacje miedzy obu więżniami są właściwą osią dramatu jaki rozgrywa się na oczach widza. Atmosfera tężeje z minuty na minutę. Widz ma wrażenie, że „coś” wisi w powietrzu. Napięcie potęguje jeszcze jednostajna, zapadająca w podświadomość muzyka/niezastąpiony Grzegorz Jurga /, sugestywne światło i odblask wentylatora kręcącego się pod sufitem. W tym zamkniętym świecie cała uwaga skupiona jest na dwóch głównych bohaterach spektaklu. I tu ciekawostka – obaj aktorzy kreują postacie jakby wbrew swym zewnętrznym predyspozycjom / świetny reżyserski pomysł / – „lepszy” Biały / w tej roli charyzmatyczny Mirosław Zbrojewicz / kontra delikatniejszy „zły” / Karol Wróblewski /. Takie obsadzenie głównych postaci pozwala widzowi na obserwowanie jak znakomicie obaj Panowie potrafią budować napięcie / momenty gry bez słów, gry twarzą u Mirosława Zbrojewicza /Biały/ i świetne ukazane budzenia się ukrytej agresji u Karola Wróblewskiego /Wencel/ w miarę trwania spektaklu. Agresję tę wzmaga jeszcze u Wencla niemoc uwolnienia się od bagażu wyrządzonego zła nawet w czasie „ucieczki” do idyllicznej tytułowej Arizony. Wszystko to musi nieuchronnie prowadzić do tragicznego zakończenia. I tak jest w istocie. Mocny to spektakl, o czym świadczy już bardzo sugestywny ,”mięsisty” plakat.”

#Arkadiusz Jakubowski
Jutro kolejna premiera na deskach Teatru Miejskiego w Lesznie, zobaczymy, ocenimy. A tymczasem w najnowszym Reporterze Leszczyńskim piszemy parę słów o poprzedniej, z minionej soboty, o „Arizonie”:
Mordercy, nie grzeczni chłopcy
„Arizonę” można odczytywać na dwa sposoby. Albo jako mocny, psychologiczny thriller doskonale wpisujący się w konwencję gatunku zwanego dramatem więziennym. Albo też jako alegoryczną opowieść po prostu o świecie, w którym zło zawsze zwycięży, bo nie ma od niego ucieczki. Nawet do Arizony.
„Arizona” to osiemnasta premiera na deskach Teatru Miejskiego w Lesznie, która wpisuje się w wytyczoną na samym początku istnienia teatru i konsekwentnie realizowaną linię programową. Jej ideę streścić można w zdaniu: „zadaniem młodego teatru jest prezentowanie młodej publiczności szerokiego spektrum teatralnych gatunków”. Dla recenzenta rzecz bezcenna, bo po każdej premierze z czystym sumieniem może pisać: czegoś takiego to tutaj jeszcze nie grano!
To jednak nie do końca w przypadku „Arizony” stwierdzenie uprawnione. Bo choć rzeczywiście wśród dotychczasowych leszczyńskich premier trudno byłoby szukać sztuki podobnej do niej, to jednak przypomnieć wypada wystawianego w Lesznie jeszcze za czasów Centrum Kultury i Sztuki „Kufehka”. „Arizona” to jego remake, w zasadzie w skali prawie jeden do jednego. Prawie, bo z wyjątkiem zmienionego tytułu i zmienionej obsady. A prawie robi różnicę. Przejdźmy do sedna.
Autorem scenariusza jest Jan Purzycki (autor scenariuszy m. in. do Piłkarskiego pokera, Wielkiego Szu; wywiad z nim znajdziecie Państwo w kwietniowym numerze „Przeglądu teatralnego”), który pisząc ją lata temu wykonał rzetelny research , co świetnie słychać w więziennych dialogach Białego i Wencla, bohaterów Arizony. To dwaj mordercy, a nie grzeczni chłopcy. No właśnie!
W celi toczy się walka. Biały (Mirosław Zbrojewicz) walczy o przetrwanie w więziennej rzeczywistości uciekając medytacjami do tytułowej Arizony. Psychopatyczny Wencel (Karol Wróblewski) walczy o to samo, ale według niego, który w życiu zaznał samego zła, przetrwanie, może dać tylko przywództwo, podporządkowanie sobie otaczającego go świata. Kto się nie podporządkuje, jest chwastem, który trzeba wyrwać.
Od początku nasza sympatia jest po stronie Białego. To inteligent, który zabił z nieszczęśliwej miłości. Reżyserujący spektakl Błażej Baraniak dokonał ciekawego zabiegu, aktorów w rolach obsadził wbrew ich fizys: to ten „ładniejszy” jest tutaj tym złym, a ten „brzydszy” szlachetniejszym. To wielka aktorska umiejętność – zagrać wbrew swoim warunkom. I Zbrojewicz, i Wróblewski udowadniają na scenie, że tę umiejętność posiedli. To znamionuje talent, ale też wynika zapewne z życiowego bagażu, który obaj panowie, będący już w dojrzałym, męskim wieku, dźwigają. Oni naprawdę nie jedno widzieli i nie jedno przeżyli. Wiedzą, o co tu się toczy gra.
Błażej Baraniak postawił na bardzo ascetyczną scenografię: dwie więzienne prycze, kilka drobiazgów, dwa metalowe wiadra, prześcieradło. Ważnym uzupełnieniem słowa i aktorów są muzyka (Grzegorz Jurga) i światło (Rajmund Ginter, Dawid Wojciechowski). Są one bardzo ważnymi elementami leszczyńskiej adaptacji. To muzyka, a w zasadzie operowanie dźwiękiem i światło przenoszą nas do tytułowej Arizony, która dla Białego jest jak Eden, kraina szczęśliwa, schronienie i ucieczka.  „Arizona” jest sztuką dla ludzi o silnych nerwach, brutalną, nie pozbawioną przemocy (brawo za świetne sceny walki, których choreografię przygotował Rafał Domagała) – pod tym względem w Teatrze Miejskim w Lesznie rzeczywiście jeszcze czegoś takiego nie grano. Ale to też jest przecież zadaniem teatru – pokazywać życie takim, jakim jest ono naprawdę, bez pudru, cukru i owijania w bawełnę. Bo w życiu, choć każdy próbuje mieć swoją Arizonę, to mało komu udaje się w niej naprawdę schronić.